Transformers: Devastation – Recenzja

Activision rok w rok stara się wyciskać z licencji Transfomersów ostatnie soki, ale czyni to z równie „szczęśliwym” skutkiem, co Microsoft z swoimi systemami operacyjnymi, czyli na przemian – raz lepiej, raz gorzej. Po naprawdę bardzo dobrym Upadku Cybertronu oraz przeciętnym Ryse of the Dark Spark, wypadałoby dla zachowania równowagi w wszechświecie, żeby tegoroczne Transformers: Devastation wykazało się od tej lepiej strony. Jakby nie patrzeć, za omawianą produkcję opowiada ekipa owiana kultem z Platinum Games, więc pany, co może pójść nie tak? A pamiętacie co wyszło z ostatniego romansu Activision z Platynowymi? Jeżeli nie, to teraz jest idealny moment do tego, żeby sobie to wygooglować, a my w „międzyczasie” postaramy się wam wytłumaczyć, jaki ma to związek z nowymi Transformersami.

W tym miejscu schemat budowy recenzji wymaga od nas, żeby na przywitanie napisać coś o fabule, a najlepiej, żeby udało się przy tym zaciekawić czytelnika. Będąc szczerym, nie podołamy temu zadaniu i gdybyśmy nawet sypali z rękawa spoilerami, to nikt by się tym nie przejął. Scenariusz odgrywa marginalną role niespecjalnie kryjąc się z tym, że stanowi zaledwie pretekst do klepania po mordach Decepticonów. Ustalmy sobie jedną rzecz – Megatron wpadł na kolejny „Genius plan”, w wyniku czego ziemia może ulec zagładzie. Resztę dopowiedzcie sobie sami.

Nim przejdziemy dalej ustalmy sobie jedną rzecz – zapominamy o całej serii kasowych filmów, w reżyserii Micheala Bay’a. TO SIĘ NIGDY NIE WYDARZYŁO, OK? Za to cofnijmy się do połowy lat 80′, gdy niepodzielnie rządziła (niestety nie u nas z racji panującego ustroju politycznego) pierwsza generacja Transformersów. Dla lepszego wczucia się w klimat łapcie filmik.

Na początku lat 90′ powstała jeszcze generacja druga, która w gruncie rzeczy była tak naprawdę „remasterem” pierwszej, wzbogacona o wstawki CGI, a że mało kto wtedy wiedział jak z tej technologii zrobić dobry użytek, to i z perspektywy czasu wygląda to mało apetycznie.

No dobra, a po co nam wszystkim ta wiedza? A z bardzo prostego względu, gdyż Transformers: Devastation już od samego początku stara się odnieść do naszych wspomnień, o ile takie posiadamy. Począwszy od designu postaci, dobranych aktorów, aż po same odgłosy transformacji. Nie sposób w tym miejscu nie pochwalić autorów za oprawę audio wizualną. Cholera, ale to dobrze wygląda. Z wielką radością musimy stwierdzić, że nawet edycja past genowa nie jest wcale leniwym portem na odczepnego i daje radę  wyciągnąć te  60 klatek na sekundę z nielicznymi spadkami. Przy tej żywej, cell shedingowej palecie kolorów, człowiekowi miło się robi od samego patrzenia, a dobre wspomnienia odżywają. Oczywiście, szukając dziury w całym możemy natrafić na nieciekawie prezentujących się „bohaterów drugiego planu”( niekiedy gorsze tekstury, bitmapowe drzewa, problemy z cieniowaniem), nie mniej jednak grafika na każdej z platform stanowi mocny punkt programu.

Z dźwiękiem jest nieco gorzej. Muzyka jest dobrze dobrana. Rock, szczególnie w oldshoolowym wydaniu bardzo pasuje do rozwałki towarzyszącej nam na ekranie, ale jest zbyt powtarzalny i z czasem zaczyna nużyć. W kwestii doboru aktorów wszystko jest na swoim miejscu. Niezmiennie od lat Peter Cullen wywiązuje się wzorcowo z roli Optimusa Prime’a, a i cieszy powrót Franka Welkera w roli Megatrona, pomimo, iż zarówno Hugo Weaving (filmy pełnometrażowe) oraz Fred Tatasciore (Wojna oraz Upadek Cybertonu) świetnie znają się na własnym fachu. Jest to po prostu naturalne następstwo powrót do konwencji „pierwszej generacji”, w celu zachowania jak największej wierności pierwowzoru, bez względu na nasze osobiste preferencje.

Ponad najwyższy przejść do tego co najważniejsze, czyli mechaniki rozgrywki. Transformers: Devastation zalicza się do grona slasherów, z których przecież Platynowi słyną. Z tej reż racji trudno  uniknąć porównań do Bayonetty, z której system walki został w dużej mierze zapożyczony. I takim sposobem naszym najlepszym kumplem będzie znowu przycisk odpowiedzialny za unik, a dobrze wykonany uskok powoduje chwilowe spowolnienie czasu. Na tym jednak podobieństwa z seksi wiedźmą się kończą, a Transformersy podążają własną ścieżką.

Po pierwsze, Transformers: Devastation ma nieco bardziej otwartą strukturę świata. Rzecz jasna, nie ma mowy o żadnej piaskownicy z prawdziwego zdarzenia. Lokacje w większości są zbudowane z wąskich ulic, natomiast zrezygnowano z typowej „korytarzowej” budowy, gdzie musimy iść w jedynym, słusznym kierunku. Nikt nam krzywdy nie zrobi, gdy zboczymy nieco z ścieżki i pozwiedzamy sobie miasto w poszukiwaniu różnych „znajdziek”. Trzeba przyznać, że możliwość transformacji w pojazd sprzyja szybkiemu oraz bezbolesnemu przemieszczaniu się z jednego krańca mapy na drugi.

Nie ograniczono nas również do jednego bohatera i poza liderem Autobotów mamy jeszcze do wyboru Bumblebeego, Wheeljacka, Sideswipe’a oraz Grimlocka. Każda z postaci dysponujemy swoimi atakami specjalnymi, ale nie ma tego na tyle dużo żeby powiedzieć, iż rozgrywka różni się w jakimś dużym stopniu od pozostałych. Małym wyjątkiem jest Grilmlock, który potrafi zmienić się w Dinobota, przez co walczy  i przemieszcza się odrobinę inaczej od reszty ekipy, ale i tak nie zmienia to na tyle rozgrywki, żeby mieć wyrzuty sumienia z racji tego, że kogoś olaliśmy. BA! Jeżeli gramy pierwszy raz to nawet lepiej wybrać jednego protagonistę i już trzymać go do końca.

Szczególnie za takim rozwiązaniem przemawia okno rozwoju postaci. Wzbogacać naszego robota możemy na kilka sposobów. Po pierwsze – trzeba nim grać. Im lepiej nam idzie, tym nasze statystyki idą w górę. Możemy także wydawać zarobione pieniądze na punkty doświadczenia, dlatego ze względu na te dwie rzeczy warto już na początku zdecydować się w kogo inwestować punkty, gdyż wszyscy bohaterowie mają swoje oddzielne „drzewka” rozwoju. Reszta stanowi ekwipunek, którym można „żonglować” między protagonistami jak się nam podoba. Tyczy się to chociażby nazwijmy to w uproszczeniu „perków” nieznacznie zawyżających nasze statystki, które wytwarzamy za pomocą prostej mini gierki, opierającej się na naszym refleksie. Niegłupio prezentuje także synteza broni, pozwalająca nam na połączenie każdej broni z sobą, w celu podbicia poszczególnych statystyk i to  nawet krótkodystansowego oręża z giwerą.

W Transformers: Devastation gra się naprawdę miło i przyjemnie. Szkopuł w tym, że okres fascynacji tym tytułem mija gdzieś po 1 max 2 godzinach uświadomieni tym, że widziałeś już w tej grze wszystko. Niestety, system walki nie jest nawet w połowie tak głęboki jak w Bayoneccie i szybko można wykupić wszystkie dodatkowe umiejętności. Lokacje z czasem stają się nudne i monotonne, gdyż przez cały czas jesteśmy zmuszani do backtrackingu wokół dwóch lokacji. Walki z przeciwnikami też zaczynają z czasem irytować i to nie z racji wysokiego poziomu, a raczej brakiem pomysłu na tzw. „co dalej” Z wieloma bossami przyjdzie nam się zmierzyć po kilka razy i nie byłoby nic w tym złego, gdyby nie opierały się na ciągle tym samym schemacie. Jest to o tyle smutne, że Devastation nie jest szczególnie żywotną produkcją i serio nie mielibyśmy nic przeciwko wobec tych 6 godzin potrzebnych do ukończenia kampanii, gdyby to było wypieszczone 6 godzin. Niestety tak nie jest, a po ukończeniu głównego wątku nie ma za bardzo do czego wracać. Jasne, mamy wyzwania oraz poukrywane bonusy, ale to raczej klejenie plastrem gigantycznej, otwartej rany, a niżeli realne rozwiązanie, mające na celu przyciągniecie gracza na dłużej.

Oddając sprawiedliwość, winą za wszystkie powyższe mankamenty można obarczyć budżetowym charakter produkcji i wcale nie trzeba daleko szukać, aby się o tym przekonać. Wystarczy przeanalizować, za jakie pieniążki nowe Transformery są sprzedawana, żeby zrozumieć, że coś w tym miejscu nie trzyma się za bardzo kupy, no ale zasłużony plus dla wydawcy. Szkoda tylko, że Activision nie doszło do podobnych wniosków, żądając niebotycznych sum, za brukanie legendy Tonego Hawka oraz wykastrowanego Black Opsa 3 na past genach.

Transformers:Devastation – Podsumowanie recenzji

szary_sygnet_RGB_72ppi-01

No i w skrócie tak to właśnie jest z Transformers: Devastation. Na pierwszy rzut oka czaruje swoim wyglądem, dynamiką – robi piorunujące wrażenie, jest efekt WOW. Z czasem szybko obdarty z szat tajemniczości, okazuje się, że mamy do czynienia z ładnie przypudrowanym pustakiem. Nowe Transformersy oczywiście nie są złe, ale jakością bliżej jej do Legend Korry, a niżeli do Metal Gear Rising czy którejś Bayonetty. Po prostu mamy do czynienia z fajnym średniakiem do pogrania. Ot co.


Świetna oprawa audiowizualna

Dynamika rozgrywki

Miły powiew nostalgii

Znośna cena

Płytka

Powtarzalna

Po pewnym czasie nuży

PS: Info dla osób, które chcą odświeżyć sobie serial/komisy z czasów Pierwszej Generacji – może to być bolesny powrót do przeszłości 🙂