Fast Racing Neo – recenzja

Pod wieloma względami branża gier video przypomina branżę filmową, tu i tu mamy reżyserów, aktorów, działy techniczne, zaplecze muzyczne, a nawet podobnie działający marketing. Jednym z takich podobieństw jest ogromne rozdrobnienie obu przemysłów na gatunki produkcji jakimi nas rozpieszczają. Przez wiele lat, programiści z całego świata, kierowali swoją twórczość w najróżniejsze strony, czego efektem są gry sportowe, RPG, strzelanki, wyścigi i dziesiątki innych typów gier. Jednym z takich typów, są wyścigi future racer. Czyli, wyścigi ultra nowoczesnymi, a przy tym piekielnie szybkimi bolidami na powykręcanych trasach, przy akompaniamencie elektronicznej muzyki. Przeciętny gracz z Polski, słysząc nazwę future racer, albo nie wie o czym z nim rozmawiamy, albo przychodzi mu do głowy jedyny słuszny tytuł, czyli Wipeout. Bardziej rozgarnięty sypnie pięcioma, może dziesięcioma tytułami na PC, starsze i nowsze konsole. Do czego zmierzamy? Otóż, działka future racerów, to swego rodzaju nisza i część rynku, która przez te kilkanaście lat została mocno odstawiana na bok. Inna sprawa, że na grach tego typu kokosów raczej się nie zbija. Idąc tym tropem, można dojść do wniosku, że skoro to taka nisza, to deweloper powinien się postarać i dostarczyć naprawdę dobry kawałek kodu, taki od serca, stworzony z pasją i od graczy dla graczy. Graczy, którzy rzygają już Wipeoutem HD na PS3, czy innymi szrotami, na jeszcze wcześniejszej generacji konsol.
Jak jest naprawdę? Czy niemiecki deweloper podołał wyzwaniu? A może tylko wydał gierkę z przeświadczeniem, że i tak się sprzeda bo przecież na Wii U jest mało gier, więc minionki wszystko kupią? Na te i inne pytania postaramy się szybko odpowiedzieć.

Tyle słów wstępu, a nie padła jeszcze nazwa omawianej gry. Fast Racing Neo, bo o niej mowa, to druga części debiutującej na Nintendo Wii w 2011 roku gry FAST Racing League, która została dosyć ciepło przyjęta przez graczy i recenzentów.

Zacznijmy od tego co najbardziej się rzuca w oczy, czyli od grafiki i designu. Trzeba przyznać, że niemiecki developer świetnie poradził sobie w tej kwestii. Trasy po, których przyjdzie się nam ścigać, rozrzucone są po wielu ciekawych miejscówkach. Tutaj wielki plus, bo po grze tego typu, można się było spodziewać lokacji, tylko i wyłącznie, w typowo industrialnym otoczeniu. A tu taka niespodzianka, bo i pustynia się znalazła i dżungla, a także trasa skuta lodem, czy szalony wyścig w przestrzeni kosmicznej. Cieszy także fakt, iż na trasach sporo się dzieje i to nie tylko gdzieś tam w tle, ale również na samym torze. Podczas wyścigu trzeba uważać, że przelatujące meteoryty, wielkiego, kroczącego robota, sople lodu i inne przeszkadzajki. Nie jest tego zbyt wiele, ale zawsze to jakaś odmiana i powiew świeżości w rozgrywce.
Modele bolidów są raczej standardowe i przewidywalne. Standardowo różnią się kilkoma parametrami takimi jak przyśpieszenie, prędkość maksymalna i waga. Kombinacja tych trzech elementów przekłada się na sposób prowadzenia i szybkość reakcji na torze. Nas szczególnie ucieszył bolid z logotypem Pandy.
Niestety, ale design i graficzne fajerwerki ciągną za sobą zwiększone wymagania sprzętowe, którym Wii U zdarzało się nie sprostać. Gierka potrafi zaliczyć spore dropy animacji, a wielkim stresie nawet pokaz slajdów, który co prawda udało nam się osiągnąć tylko raz, no ale był i odnotować w recenzji go trzeba. Obroną developera, przed takimi przypadłościami jest dynamiczne obniżenie rozdzielczości obiektów – a przynajmniej tak to wygląda podczas zabawy. Podobny patent zastosowano w Wipeout HD, gdzie gierka automatycznie przełączała rozdzielczość z 1080p do 720p, przy większej zadymie na ekranie. Jest to o tyle dobre rozwiązanie, bo podczas rozgrywki, gracz nie ma nawet czasu na przyglądanie się, czy w danej chwili wyświetlany obiekt składa się z 5 czy 25pixeli.
Wracając jeszcze na chwilkę ku designie, a raczej level designie. Niestety, ale część z graczy, a w tym recenzent, będzie kręcić nosem na zbyt proste trasy, które w większości składają się z kilometrowych, prostych linii i kilku łagodnych zakrętów. Oczywiście z kilkoma wyjątkami. Czy jest to minus czy nie, trudno stwierdzić, bo też charakter rozgrywki jest nieco inny, niż w przywoływanym, już chyba dwukrotnie, Wipeoucie. Fast Racing Neo stawia na szybkość i ciągłe przyśpieszanie. Jedyne co powinno interesować gracza podczas wyścigu, to NIE eliminacja przeciwników, tylko zbieranie kolorowych kulek i używanie przyspieszenia. Jeśli o tym zapomnicie, to nawet nie myślcie o miejscu na podium. Inna sprawa, że AI, mówiąc kolokwialnie, oszukuje potwornym handicapem, przez co ważniejsze jest, po prostu, szczęście niż skill gracza. Lubicie frustrującą rozgrywkę? Fast Racing Neo jest dla was.
Co z sferą audio tytułu? Jest Ok, i nic ponad to. W tle przygrywa deutsche scheisse techno, które po godzinie zaczyna wychodzić bokiem, a cała reszta jest po prostu standardowa. Tyle w temacie. Nic czym można byłoby się zachwycić. To samo jeśli chodzi o tryb online, który wygląda jakby została wrzucony do gry na tydzień przed premierą. Niczym niezobowiązujące i działające na uproszczonych zasadach ściganie z innymi graczami. O tyle lepsze od rozgrywki dla jednego gracza, bo bez handicapa.
Podsumowując – na bezrybiu i rak ryba, więc jak jesteście głodni nowych future racerów, to nie pozostaje wam nic innego jak tylko zainteresować się Fast Racing Neo. Dla reszty jest to typowa gierka, na 2h – zagraj i zapomnij. Po pierwsze, gra nie daje jakiejkolwiek satysfakcji z wygranej, po drugie, ciągła walka z handicapem, to żadne skillowe wyzwanie, tylko generator negatywnych emocji. A co do pytania zadanego gdzieś na początku recenzji, „Czy deweloper podołał wyzwaniu?” Odpowiedzieć nie da się wprost, czy „tak”, czy „nie”. Ta gra jest idealnym przykładem nierównej produkcji, gdzie bilans plusów i minusów, w którymś momencie po prostu się zeruje, pozostawiając recenzenta i graczy z poczuciem, iż gierka w sumie jest dobra, ale… No właśnie, tych ALE jest zbyt dużo.