Top growych „grzesznych przyjemności” aka guilty pleasure

Tak się składa, że za czasów, gdy moja współpraca z portalem grasz24.pl kwitła w najlepsze, miałem okazję przetestować sporo, niekoniecznie najwyższych lotów produkcji. Zabrzmi to nieco masochistycznie, ale na pewnym etapie nawet udało mi się wyrobić skilla czerpania przyjemności w grania w totalne przeciętniaki czy krapiszcza. Wiecie, takie swoiste Guilty Pleasure. U nas zwykło się mówić „grzeszne przyjemność” lub łopatologicznie tłumaczyć  jako „winna przyjemność”, ja jednak będę obstawać przy oryginalnym nazewnictwie. Bez wdawania się w szczegóły, założenie tego określenia odnosi się do rzecz, które wiemy, że są złe, ale i tak nie możemy się im oprzeć. Teraz opowiem wam o kilku moim subiektywnych typach, które pomimo, iż w pewnych aspektach wyraźnie niedomagają, to jednak na swój pokrętny sposób, wspominam takowe z pewnym sentymentem. A i jeszcze jedno – kolejność poza podium raczej przypadkowa.

Seria Call of Duty

Uczciwie trzeba przyznać, że CoDy ciężko uznać za balasy. Są to solidne szpile z dużą dawką akcji, nie grzeszące zbyt dobrze napisanymi scenariuszami z zwrotami akcji, które od dekady #NIKOGO nie zaskakują. Wiadomo, że musi być zdrajca, epicka śmierć jednego z głównych bohaterów, a poczynania szwarc charakteru pewnie mają ukryte dno. Po prostu  pomimo podziału na 3 studia i wydłużenia czasu produkcji, ciężko stwierdzić, żeby cykl jakoś wyraźnie ewoluował. Niestety, lecz poza nielicznymi wyjątkami, wciąż dostajemy tego samego, odgrzewanego kotleta. I nawet będąc tego świadomy, ciężko mi się od tej serii uwolnić. Fakt, nigdy na żadną odsłonę nie wydałem więcej, a niżeli 60 złociszy i żadnego Coda nie kupiłem na premierą, tak jednak prędzej czy później moją  biblioteka powiększy się o kolejnego tasiemca z tej serii. po prostu CoDy – jakie by one nie były durnowate – akceptuje z całym „dobrodziejstwem” inwentarza.

 

Z tego chorego zamiłowania nawet spłodziło takie coś. Ogólnie, to za czasów grasza troszku się działało 😀

I takie tam luźnie pykanie 🙂

 

Army of Two: Devil’s Cartel

Głupowate żarty, możliwość sprzedania soczystego liścia towarzyszowi broni czy zagrana w papier nożyce kamień. Te czynniki sprawiały, że z zwykłej strzelanki, Army of Two – zarówno pierwsza jak i druga odsłona – były produktami idealnie skrojone pod kanapowego coopa. Może nie były uber wybitne, ale pozostawiały po sobie banana na twarzy.

Teraz wyobraźcie sobie, że wywalamy te wszystkie ikoniczne elementy łącznie z moralnymi wyborami, wstawiamy totalnie nie charyzmatycznych randomów, zmieniamy ton na poważniejszy i wuala – wychodzi nam bezpłciowy  Cartel. Pomimo, iż jest to najgorsza cześć serii  grzebiąca markę ma Amen, ciężko mi się wyprzeć się tego, że sianie pożogi naprawdę sprawiało mi przyjemność. Jakby nie patrzeć, spora w tym zasługa podatnego na destrukcję otoczeniu pomijając tak tyci tyci detal, że Cartel to prawdopodobnie najbrzydsza gra stworzona na silniku frostbite. No i zawsze „propsuje” kanapowego coopa na podzielonym ekranie.

 

 

Devil’s Third

Wii U nie miało łatwego żywota. Co prawda jak na fatalne wyniki sprzedaży miała kilka naprawdę solidnych perełek, jednak teraz to i tak bez znaczenia, gdyż większość tych wartych uwagi zostaje konwertowanych na Switcha. Nie mówię, że to źle – po prostu sens posiadania tej konsoli z każdą kolejną zagrywką tego typu coraz to bliżej tuli się do okrągłego, tłuściutkiego zera. No chyba, że jesteśmy masochistami i lubimy taplać się w gównie to wtedy tak – kilka przypadków się znajdzie. Jednym z nich jest z pewnością Devil’s Third. W sumie nie wiem, kto bardziej dał ciała. Twórca czyli Tomonobu Itagaki, przekonany o zajebistości zarówno siebie, jak i swojego dzieła czy Nintendo, wprowadzając serwer lock uśmiercając jedną durną decyzją całą multiplayerową społeczność. A trzeba przyznać akurat, że tryb sieciowy był całkiem spoczko. Kiepsko zbalansowany, lecz przyjemny. Szkoda tylko, że nie było z kim grać. Nie pomógł też  w tym fakt, że gra była promowana tą z założenia mniej istotną kampanią dla pojedynczego gracza, dopiero po czasie udostępniając  główne danie, gdy już wszyscy recenzenci zdołali po Devil’s Third przejechać się jak po łysej kobyle. Prawda jest taka, że Devil’s Third w momencie premiery w 2015 roku wydawał się produktem już na wstępnie spóźnionym o przynajmniej dobre 5 lat, o ile nie więcej. Wiele pomysłów już zostało przewałkowane na multum sposób w innych militarnych shooterach, a grafika nie dość, że paskudna, to jeszcze można było zapomnieć o stałym frameracie. Aspekt któremu zawdzięczamy w ogólnie obecność tej gry w tym zestawieniu, to klimat filmów lat 90 klasy B i prosty, ale satysfakcjonujący system walki. Może to płytkie, lecz rozczłonkowywanie w Devil’s Third sprawia mi dziką radość. Cała reszta jest już kwestią sporną.

 

Sonic Boom

Skoro jesteśmy przy Wii U, grzechem byłoby nie wspomnieć o Sonic Boom. Jestem personą lubiąca się w sprawdzaniu produkcji hejtowanych po całości przez resztę świata. Taki był powód mojego romansu z Devil’s Third i nie inaczej było z tym konkretnym Sonicem. Jakby nie patrzeć porównania do Sonica 06 pod względem „jakości” podziałały na moją wyobraźnię. Nie wiem czy to dobrze czy też źle, jednakże po łyknięciu 1,5 gigowego patcha z mocnym zdziwieniem muszę przyznać, że w Sonic Boom da się nawet grać. Wiadomo, że jest to w dalszym ciągu tytuł co najwyżej przeciętny, odtwórcy z fatalnym systemem walki, ale nie mogę mu odmówić pewnym dobrych elementów. W tym przypadku wypadałoby wspomnieć o  najgorzej zrealizowanym złudzeniu otwartego świata czy konieczność korzystania z różnych umiejętności naszych bohaterów. Najgorsze w tym wszystkim, że mam ochotę do Sonic Boom powrócić i porobić kilka side questów, co zważyły, że w kolejce czeka na mnie tyle znacznie lepszych produkcji, że poważnie zastanawiam się nad kondycją mojego stanu psychicznego. Na szczęście, Boom wraz z Wii U jest jeszcze u Uncle Mroowy, wiec póki co ten durny pomysł muszę przełożyć na nieco inną okazję.

Resident Evil : Operation Raccoon City

Powiem tak – nie mam problemów, że Capcom lubi nieco eksperymentować z marką RE. Właśnie takie podejście m.in zaowocowało Resident Evil 4, uważane przez wielu za jedną z najlepszych gier z serii. Jestem też zdania, że RE6 to naprawdę porządny tytuł. Nie wybitny, mający niewiele wspólnego z Horrorem, aczkolwiek w kategoriach głupkowatej strzelanki całkiem zjadliwym i będę tego stanowiska bronił aż do usranej śmierci i może się na ten temat kiedyś szerzej wypowiem, przy innej okazji. Dlatego też pomysł zrobienia z Raccoon City pełnoprawnego shootera nieszczególnie by mnie bulwersował pod warunkiem, że przemawiała by za tym jedna, kluczowa rzecz – jakość. Niestety, nic z tych rzeczy. Gra na premierę masakrowała swoim zabugowaniem, beznadziejnym cover systemem i brakiem polotu. Muszę jednak przyznać, że przy bliższym poznaniu, Operaction Raccoon City nieco zyskiwało. W szczególności, gdy zajrzało się do instrukcji i zaznajomiło z mechaniką walki na bliższym dystansie, do której gra sama z siebie nieszczególnie przyucza. Ciekawy podział na klasy, zjadliwie zrealizowany tryb multiplayer czy po prostu pomysł ukazania historii od strony tych złych sprawia, że pomimo totalnie zmarnowanego potencjału, osobiście ciężko mi ORC mieszać totalnie z błotem. Wielka szkoda, że Capcom zamiast wyciągnąć jakieś wnioski i zrehabilitować się, tak przy okazji Umbrela Corps już poszli totalnie po bandzie.

Drakengard 3

Nim Square Enix postanowiło sypnąć kasą, czyniąc z Niera przy okazji Automaty produkt rangi AAA, serii bliżej było do szajse budżetówek, za które mimo wszystko wołało pełną cenę. Nie inaczej było w przypadku Drakengard 3. Gra techniczne prezentowała się, jak wyrwana z początku żywota PS2 na dodatek z ilością klatek na tak żałosnym poziomie, że niekiedy odnosiłem wrażenie, iż gra się wieszała i już zabierałem się do resetowania konsoli. Nie pomagał też bezczelny recykling lokacji, przez który po dłuższej chwili umierało się z nudów. W zasadzie nic w tej grze nie spełniało swoje roli poza wyjątkiem  postaci oraz fabuły . Może Drakengardowi 3 do pierwszego Niera daleko, aczkolwiek magia canva versu i tak robiła swoje. Tutaj nie uświadczymy żadnych kompromisów czy tematów tabu, a wykreowany świat po prostu ocieka posoką, brudnymi zagrywkami czy żartami na tle erotycznym. Pomimo tego całego szamba, jakim jest Drakengard 3, chęć poznania zakończenia historii zero była tak mocna, że dopuściłem się pewnego cheaterstwa przy end bossie i synchronizowałem moją grę z filmem na YT. W tym konkretnym przypadku Powiedzenie „granie w youtube’a”, nabrało bardzo dosłownego znaczenia.

Deadly Premonition

Co łączy Drakengard 3 z Deadly Premonition? W tym przypadku ekipa deweloperów z Access Games. Cóż, najwidoczniej jaki kraj, taki odpowiednik Pirahny Bytes. Deadly Premonition to kwintesencja gry tak złej, że aż dobrej. Oprawa graficzna, mechanika czy drętwe dialogi stanowiły całkiem skuteczną zasłonę dymną, dla ciekawej historii. No i ta twin peakowa otoczka bardzo służyła temu tworami. Po dziś dzień nie wiem czy Deadly Premonition bardziej kocham czy nienawidzę. Na bank ciężko obok dzieła niejakiego Sweego 65 przejść obojętnie. Można też z smutkiem stwierdzić, że przedłużający czas dewelopingu też dał o sobie znać. Zresztą nie pierwszy i nie ostatnio raz i to w obrębie tego zestawienia.

Bonusowe śmieszkowanie

Duke Nukem Forever

Zdania na temat Duke Nukem Forever w głównej mierze nie są szczególnie pozytywne. Oczywiście, nie bez znaczenia miały długie lata oczekiwań, zmiany koncepcji czy silników graficznych. Jestem daleki od zachwytów nad DNF. Gra długo się rozkręca, wiele elementów nie zagrało,  momentami poziom żartów jest po prostu ohydny i trzeba być chorym pojebem, żeby czemuś temu przyklasnąć. Jednak spychając ten cały rozbuchany hype i multum ułomności, mi osobiście w DNF grało się dość przyjemnie i jestem w stanie docenić nieco oldshoolowy klimat. No i gameplay był stosunkowo różnorodny, wiec na brak pomysłów nie ma co narzekać.

Aliens: Colonial Marines

No i proszę kogo my tu mamy, czyżby kolejna gra przy której maczał Gearbox? W tym przypadku muszę uczcie stwierdzić, że w przeciwieństwie do Księcia Duke’a, ciężko mi o Obcych powiedzieć coś dobrego i osobiście współczuje każdemu, kto wydał na premierę około 200 zł na tej tytuł. No ale od czego są cebulowe przeceny oraz E-koledzy 😀 Tak się składa, że miałem okazję ten wątpliwej jakości produkt zakupić za równowartość niecałych 8 złociszy, więc mój portfel niespecjalnie ucierpiał. A że gra posiadała coopa pozwalający na wspólną zabawę do 4 osób, to i miałem możliwość przetestować  ten twór wraz z ekipą znajomków, co było strzałem w dziesiątkę. W doborowym towarzystwie, całe te spierdolenie gry nabierało innego, zabawniejszego znaczenia. Tym bardziej mając z tyłu głowy świadomość jaką kwotę się zainwestowało. Wszystkie bugi, fatalny AI czy złe zaprojektowana rozgrywka, w doborowym towarzystwie po prostu bawi, a płacz czy ból przepukliny wynikał głównie z nieustannego śmieszkowania. Dlatego, do Colonial Marines podchodzę dość specyficzne i oceniam skalą Irek na 10. Nie ujmując oczywiście w niczym Zaixowi oraz Zelkowemu 😀

I to byłoby na tyle. A wy jakie macie swoje Guilty Pleasure? Sekcja komentarzy należy do was.