redmi 7 recenzja

Test Redmi 7 – Xiaomi, jednak troszku #meh

Xiaomi próbuje wpasować się ze swoimi smartphonami praktycznie w każdy segment. Nawet w taki, który nie idzie do końca zdefiniować. Jakiś czas temu miałem okazję testować Redmi Note 7 –  killera wśród średniaków. Dzisiaj pora przyjrzeć się nieco skromniejszej alternatywie od tego samego producenta. Z naszej recenzji dowiecie się, do kogo Xiaomi Redmi 7 jest adresowany.

Niedrogo, a wciąż pięknie

Zawartość pudełka nie zdradza żadnych zaskoczeń. Papierologia, ładowarka, dołączone etui do zestawu – ot, taki standard. Większej odstępstw od reguły należy się doszukiwać w samej budowie smartphone. Z racji bycia bardziej budżetową propozycją względem Note 7, plecki zamiast szkła są wykonane z plastiku, co akurat nie przeszkadza Redmi 7 wyglądać miło dla oka, obowiązkowo przejawiając tendencję do palcowania się. In plus na pewno trzeba zaliczyć trzy aspekty. Redmi  7 jest znacznie lepiej wyprofilowany, przez co lepiej leży w dłoni. Dodatkowo aparat przestał wystawać w bezczelny sposób z bryły telefonu jak w Note’ach czy Mi9, a dołączony do kompletu pokrowiec całkowicie go maskujeBardzo miłym rozwiązaniem jest również możliwość rozbudowana pamięci telefonu o dodatkową kartę micro SD przy jednoczesnym użytkowaniu dwóch kart w standardzie nanoSIM. Szanuje mocno.

Wracamy na ziemię

Xiaomi Redmi 7 posiada baterię o pojemności 4000 mAh. Niestety, nie zastosowano złącza Typu USB typu C. Telefon od zera do 100% można naładować w nieco ponad dwie godziny. Ciężko podawać wytrzymałości SOT, gdyż ludzie różnie użytkują telefon. Jedni potrafią przez 11 godzin siedząc w trybie oszczędzania baterii, inni połowę z tego. Ja normalnie użytkując Redmi 7 bez żadnych kompromisów z włączonym  LTE, maksymalnym podświetleniem, czy grając od czasu do czasu w gry, nie byłem w stanie rozładować baterii w ciągu jednego dnia intensywnego użytkowania.

W Redmi 7 zastosowano ekran w technologii IPS o przekątnej 6,3 cala i rozdzielczość HD plus (720 x 1520), co przekłada się na niezbyt imponujące 269 pixeli na cal. Z plusów na pewno warto docenić, że dzięki niskiej rozdzielczość, smartphone będzie mógł dłużej wytrzymać na jednym ładowaniu, a zarówno kąty widzenia, jak i jasność ekranu można ocenić pozytywnie. Na froncie mamy szkło grilla Glass 5, które ma chronić sprzęt przed zadrapaniami. Na wartość deklaracji producenta potrzebowałem kilku godzin od odpakowania, nosząc Redmi 7 w kieszeni bez żadnego szkła hartowanego. Efekt? Kilka powierzchownych rys. Nie jestem Kubą Klawiterem i nie mam zamiaru w sposób intencjonalny weryfikować podatności ekranu na upadek z różnych wysokości, ale jeżeli jest tak samo wytrzymały jak w Note 7, który zaliczył kilka bliższych (nieintencjonalnych!!) spotkań z podłogą, to wypada tylko się cieszyć, bo twardy z niego zawodnik.

Wydajnościowy ogór?

Smartphone pracuj na procesorze Snapdragon 632 wspierany układem graficznym Adreno 506. Na potrzeby recenzji otrzymaliśmy najbogatszą edycję z 3 gigabajtami ramu oraz 64 wbudowanej pamięci. Są też dostępne mniej i bardziej ubogie wersje 2/16 oraz 3/32.  W  antutowych cyferkach przekłada się na wynik trochę ponad 100 000 punkciuszków. Niewiele mniej od Redmi Note 5 pracujących na Snapdragonie 636. Cyferki cyferkami, a jak to się przekłada na realną pracę? Ano tak, że Redmi 7 na początku mulił nieprzyzwoicie, aż zęby bolały. Na szczęście po przyjęciu kilku aktualizacji zaczął śmigać bez zająknięcia aż miło, notując okazyjne przycinki. Bardziej zaawansowane gry też oczywiście na nim pójdą, z tym że bliżej średnich detali, a standardowo Fortnite nawet się nie odpali. Nie wiem, czego jest to wina. Czytnik linii papilarnych działa natomiast zauważalnie wolniej aniżeli u mojego starego, styranego życiem Note 5.

Aparaty? Nihil novi

Redmi 7 ma 12 megapixelowy aparat o ciemnej przysłonie 2.2 wspierany drugim 2mp do wychwytywania głębi ostrości.  Jak to bywa u Xiaomi – cudów nie ma co się spodziewać. Za dnia foty wychodzą jak najbardziej akceptowanie, a AI dodatkowo podkręca saturację. Filmy można nagrywać w 1080p zarówno w 30, jak i 60 klatkach, lecz bez wsparcia dla jakiejkolwiek formy stabilizacji obrazu. Poza tym nagrania w wyższym klatkarzu nie prezentują się zbyt okazale. Notch w postaci łezki skrywa w sobie 8mp aparacik i do niego nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Dobrze sobie radzi z efektem bokeh.

Tak samo, jak przy okazji Redmi Note 7, tak tutaj z odsieczą przychodzi GCAM, ale już nie powoduje takiego efektu wow. Zdjęcia są nieznacznie lepsze, możemy sami kontrolować głębie ostrości, ale EIS, czy tym bardziej OIS, nadal na nagraniach nie uświadczymy, a filmy w 4K to raczej tylko z nazwy są. Grunt, że dzięki tej aplikacji można robić naprawdę sensowne zdjęcia nocą, gdyż trybu nocnego w stockowej aplikacji po prostu nie ma. Nawet nie wiem jak to skomentować bez złośliwości.

Czy Xiaomi Redmi 7 ma bajery?

Redmi 7 nie należy do szczególnie muzykalnych smartphonów. Pojedynczy głośnik mono jest donośmy, ale przy większych ilościach decybeli lubi sobie pocharczeć jak dziki. Zgoła inne odczucia mam względem jackowego wejścia na słuchawki, które gra nieco za cicho względem notorycznie przywoływanego Note’a 5, ale w obecnych czasach już zaczyna bardziej cieszyć, że takowe wejście w ogóle się znajduje. Jakość już jest osobną kwestią i bardziej zależy od słuchawek, jakie posiadamy.

Standardowo seria Redmi nieszczególnie lubi się z modułem NFC (nie stwierdzono takowego),  ale za to nie boi się korzystać z modułu podczerwieni do otaczającej nas wszem i wobec elektroniki poczynając od telewizorów, a na wentylatorach oraz klimatyzacjach kończąc. Nie wiem czego to wina, lecz podczas użytkowania z Redmi 7 miewałem kuriozalne problemy z… rozmowami telefonicznymi. Głośnik przeznaczony do rozmów sprawia wrażenie mocno wytłumionego i niekiedy odczuwałem dyskomfort prowadząc rozmowę.

Idealny smartphone do 700 zł?

Redmi 7 nie jest złym smartphonem. Jego problem polega na tym, że Xiaomi niekiedy sabotuje własnymi produktami samego siebie . Redmi Note 7 tak wysoko zawiesił poprzeczkę ze swoim stosunkiem ceny do jakości, że ciężko Redmi 7 z czystym sumieniem polecić. Różnica 100 zł za wersję 3/32 w oficjalnej dystrybucji to jest praktycznie nic, wobec przepaści, jakie dzieli oba te telefony. W zasadzie w podobnych pieniądzach (700 zł) już lepiej nawet sobie sprawić Note 5, jeżeli już jesteśmy przywiązani do marki Mi. Na szczęście telefony od Xiaomi często bywają w promocji, więc jeżeli macie okazję wyhaczyć gdzieś Redmi 7 do kwoty 500 zł, to myślę, że powinniście być zadowoleni. Jest to bardzo dobrze zoptymalizowany i ładnie wyglądający sprzęt do podstawowych zadań bez zbędnych fajerwerków.  Jeżeli wasze oczekiwania wykraczają nieco dalej, to sugerowałbym rozważyć zakup innego modelu.

1 komentarz do “Test Redmi 7 – Xiaomi, jednak troszku #meh

Komentowanie zostało wyłączone.