TLOU2 jest tylko dobre, a Disintegration perfekcyjnie niedobre #52

Dla nas, czyli graczy w okolicach trzydziestki, czas wakacji przestał być synonimem beztroski i totalnego relaksu. Życie toczy się takim samym tępem, gierek do ogrania przybywa, obowiązków też. Stąd też nieco większa niż zazwyczaj przerwa w publikacji najświeższego podcastu. Temat? Gry! Ale nie byle jakie, bo ciekawe produkcje niezależne, do tego udany remaster platformera sprzed kilku dobrych lat oraz gra numeru – The Last of Us 2. Zaczynamy od…

SpongeBob SquarePants: Battle for Bikini Bottom – Rehydrated

Danteveli

SpongeBob SquarePants: Battle for Bikini Bottom – Rehydrated to remake platformówki z epoki PlayStation 2. Interesujący tytuł nabiera nowego życia dzięki poprawionej oprawie graficznej i odrobinie nowości jak tryb co-op. Olbrzymim atutem przygód Kanciastoportego jest to, że podobnych gier nie ma zbyt wiele na rynku. Platformówki 3D na konsolach to raczej domena Nintendo lub ewentualnie sceny indie. Tutaj dostajemy solidną porcję tego typu rozgrywki w rozsądnej cenie. Nie jest to może tytuł idealny, ale na pewno nie zasługuje on na skandalicznie niskie oceny, jakie pojawiły się na pewnych stronach o tematyce gier wideo. Fani starych platformówek pełnych bibelotów do zbierania na pewno będą zadowoleni.

Golden Light i Sauna 2000

Miłośnicy horroru poszukują ciekawych i unikatowych tytułów, które wykraczają ponad to, co oferują nam typowe straszaki. Z pomocą przychodzi tutaj scena indie dostarczająca perełki takie jak Golden Light i Sauna 2000. Pomysłowe i bardzo charakterystyczny tytuły mające w sobie to coś.

Golden Light to odpowiedź na pytanie, co, gdyby Silent Hill było pierwszoosobową grą w stylu roguelite z odrobiną surrealizmu. W tytule tym wcielamy się w bohatera, którego ukochana zostaje porwana do podziemi. Wyruszamy za nią do dziwacznego „mięsnego” wymiaru, gdzie nic nie jest takie, jak powinno. Golden Light świetnie łączy w sobie niepokojącą atmosferę i stylistykę horrorów z rozgrywką charakterystyczną dla roguelite, gdzie błąkamy się przez generowane losowo korytarze i natrafiamy na przedziwne przedmioty.

Sauna 2000, to z kolei symulator tradycyjnej fińskiej sauny… z małym twistem. Podczas przygotowywania naszej parowej rozkoszy zaczynamy zauważać dziwne zjawiska. Mimo, że jesteśmy oddaleni od cywilizacji, słyszymy czyjeś kroki. Wydaje nam się, że za rogiem się ktoś czai i ogólnie coś jest nie tak. To nieprzyjemne uczucie jest genialnie budowane przez cały czas rozgrywki, aż do momentu uderzenia przez finał. Prosty i oryginalny pomysł dostarcza większych emocji niż niejeden wysokobudżetowy straszak. Taka jest właśnie siła tego typu produkcji. Fakt, że można je zdobyć za darmo na Itch.io, to tylko krwistoczerwona wisienka na pysznym torcie grozy

Szybko o Disintegration – zawód na całej linii.

C-boy

Po ograniu bety z Coatim widziałem w tej grze pewien potencjał na coś fajnego. Kurka no – latanie stateczkiem a wzór Descent połączenie z zarządzaniem niewielkim oddziałem? Pomimo że kłóciło się to z moimi przedpremierowymi wyobrażeniami na temat tej gry, tak pomysł nadal wydawał mi się bardzo świeży. Nic nie zwiastowało katastrofy, z jaką będziemy mieć do czynienia. Po otrzymaniu pełniaka do recenzji poczułem się, jakby mi ktoś przywalił z cegły po twarzy.

Single stanowi maksymalnie generyczny shooter na nudnych niczym flaki z olejem mapach. Notoryczne spamowanie fazami hord przeciwników koniecznych do ubicia, żeby pchnąć grę dalej, już zaczyna wychodzić przy trzeciej misji. Brak pomysłu na siebie dodatkowo potęgują krytyczne bugi uniemożliwiające zabawę. Brak możliwości reaktywowania kompana to pół biedy. Gorzej, że gra notorycznie się wywala na pysk. Ja mam takie szczęście, że zazwyczaj pod koniec misji, co wiąże się z koniecznością powtarzania misji od początku. PO PROSTU SŁODKO.
Sytuację mógł uratować tryb multiplayer. Nie ukrywam, że po becie nawet miałem ciepłe z nim wspomnienia. Problem w tym, że…juz na premierę nikt w niego nie grał.

Podsumowując. Disintegration to zabugowane, zaprojektowane bez polotu wiadro ścieków. Z martwym multikiem na premierę i grafiką, która nie zrobiłaby furory na poprzedniej generacji konsol, a co dopiero teraz. Jestem człowiekiem, który nawet z w najgorszych grach widzi coś dobrego i potrafi wyciągnąć odrobinę dobra dla siebie. Disintegration mnie po prostu znudziło, zawiodło i rozczarowało do tego stopnia, że na myśl o tej grze nie przychodzi mi już ani jedno pozytywne wspomnienie i pierwszy raz w życiu wystawiam ocenę 1/10

The Last of Us 2 – Temat Numeru

Najnowsza gra od Naughty Dog, jak mało co, spolaryzowała graczy w ostatnim czasie. Wynika to z faktu, że fabuła jest po prostu niezwykle kontrowersyjna. Jedni się w nią wczują i zakochają bez pamięci, inni z kolei będą zniesmaczeni. Ja osobiście stoję gdzieś pomiędzy. Doceniam pomysł na historię, który miał Neil Druckmann, ale jednocześnie uważam, że momentami zawiodło wykonanie. To, co się dzieje na ekranie, samo w sobie nie jest złe. Zemsta jako motyw przewodni, do tego mroczna, smutna i dosyć ciężka psychologicznie opowieść, która sprawia, że czujemy się niekomfortowo – to się naprawdę mogło udać. Problem w tym, że pewne luki fabularne i idiotycznie rozpisani bohaterowie skutecznie sprawili, że zamiast przeżywać tę opowieść, momentami po prostu się śmiałem bądź irytowałem. Dodatkowo sposób, w jaki twórcy starali się prowadzić całą historię… Drażniło mnie, że gra aż do przesady stara się przekonać mnie, że Ci dobrzy wcale nie są tacy dobrzy, a Ci źli to z kolei nie takie schwarzcharaktery jak myśleliśmy. Momentami jest to zbyt nachalne. Czułem się, jakby Neil Druckmann stał nade mną i krzyczał „WIDZISZ, ONA JEST DOBRA! DOBRA!! CZUJ TO CHAMIE!!!”.

To nie jest oczywiście tak, że wszystko zostało wykonane fatalnie. Wprost przeciwnie, historie poboczne są wyśmienite, w mało której grze mam ochotę szukać znajdziek, a tutaj przeszukiwałem każdy budynek mając nadzieję, że dowiem się czegoś więcej o świecie i ludziach, którzy żyli w nim wcześniej. Tak samo fajnie wypadają wątki „wplatające” się w główną oś fabuły. Historia Leva i Serafitów była moim zdaniem jedną z najlepszych w grze. Po prostu coś tu dla mnie nie zagrało tak jak w jedynce. Tam, nawet gdy bohaterowie popełniali czyny złe czy wątpliwe moralnie, mogłem zrozumieć ich motywacje i działania. Wczuć się w opowiadaną historię. W przypadku TLOU 2 bardzo często towarzyszyło mi uczucie, że ta opowieść się po prostu nie klei. Mimo, jak wspomniałem na wstępie, całkiem solidnych fundamentów.

Odchodząc już od tematu fabuły, to faktycznie mamy do czynienia z hitem . Graficznie, muzycznie czy technicznie to absolutna czołówka tej generacji. Animacje wywarły na mnie takie wrażenie, że najchętniej wysłałbym ludzi odpowiedzialnych za Mass Effect Andromeda na korepetycje do developerów z Naughty Dog. Świat gry, nie licząc kilku fragmentów, wygląda obłędnie, a przygrywająca w tle muzyka znakomicie buduje klimat.

Formuła rozgrywki się zasadniczo nie zmieniła. Postarano się jedynie o pewne usprawnienia. Ja to postrzegam jako pozytyw, bowiem po prostu mi ten gameplay odpowiada. Skradanie jest satysfakcjonujące a gunplay przyjemny. Całkiem miłe urozmaicenie stanowią sporadyczne walki z bossami czy też sekwencje bardziej dynamiczne. Generalnie pod względem rozgrywki jeżeli komuś jedynka przypadła do gustu to tu poczuje się jak w domu. Jeżeli nie to tym bardziej nie polecam się zbliżać do dwójki. (Przemek Sztejdur)

Please follow and like us:
The following two tabs change content below.

Paweł "Coati" Orawski

Gracz i pasjonat od zawsze. Pierwszy sprzęt do grania, który z zasadzie stał się zapalnikiem do rozwijania pasji, to było poczciwe Commodore 64. Dalej było już tylko z górki i skacząc z kwiatka na kwiatek, Paweł stał się wierny obozowi Sony i w marginalnym stopniu Nintendo. Aha, W międzyczasie wpadł w sidła nowego hobby zwanego... High-End Audio (na szczęście tylko portable). Fan japońszczyzny, rzadko kończy jakieś gry dwa razy, nie lubi sportówek i padów od xboxa 😛

Dodaj komentarz i podziel się swoją opinią ;) Jest dla nas ważna!