Lotnisko to twór wyznawców piekieł. Pełno przepoconych ludzi, bieganie z punktu do punktu, bo samolot startuje z innego miejsca niż planowano. Traktowanie ludzi jak zwierząt, długie kolejki i wyciąganie do inspekcji wszystkiego, co się posiada. Nienawidzę lotnisk prawie ta bardzo, jak latania w klasie ekonomicznej. Dlatego wiadomość o tym, że akcja jednego z filmów należących do uniwersum Resident Evil będzie rozgrywać się na lotnisku, pasowała mi jak kanapka z masłem orzechowym i dżemem. Tylko czy Resident Evil: Degeneracja to smakołyk, czy może danie z zombie już zgniło?

Sequel Resident Evil 2

Resident Evil: Degeneracja to produkcja z 2008 roku, która może pochwalić się mianem pierwszego pełnometrażowego filmu animowanego osadzonego w uniwersum Resident Evil/Biohazard. Na dokładkę mamy tu kontynuację wydarzeń z gier, z powracającymi bohaterami. Degeneracja kontynuuje tradycję zapoczątkowaną przez krótkometrażowy film 4D-Executer i jest produkcją, w której obrazy są generowane komputerowo.

Akcja Resident Evil: Degeneracja rozpoczyna się 7 lat po zniszczeniu Raccon City i pojawieniu się wirusa zdolnego zamienić ludzi w potwory. Claire Redfield, bohaterka drugiej części Resident Evil, przebywa na lotnisku, gdzie dochodzi do ataku terrorystycznego. Ktoś użył wirusa przemieniającego ludzi w zombie i grozi, że zamieni całe Stanzy Zjednoczone w piekło, jeśli sekrety na temat zdarzeń z Raccon City nie zostaną ujawnione, a osoby winne nie przyznają się do swoich czynów.

Cykl Resident Evil nigdy nie słynął z ambitnej i porywającej fabuły. Historia zawsze stała na dalszym planie. Ważniejsza była rozgrywka i klimat survival horroru, który oczywiście z czasem uleciał. W przypadku Resident Evil: Degeneracja nie mamy rozgrywki, bo to nie gra. Nie ma też strachu, a fabuła jest co najwyżej przeciętna.

Nie będę zbytnio się produkował, ale mamy kolejną złą korporację, kolejne laboratoria i nowe tandetne postacie, które mają wprowadzić dramat i popchnąć fabułę do przodu. Claire i Leon przez przypadek są bohaterami cudzego filmu. Tak naprawdę sercem produkcji jest pewne rodzeństwo doświadczone przez wirus. Jest to całkiem ciekawy pomysł, który zostaje jednak totalnie zaprzepaszczony przez scenariusz.

Resident Evil: Degeneracja to film dla fanów serii

Wskazanie atutów tej produkcji nie będzie prostym zadaniem. Poza tym, że jest to produkcja zrobiona dla fanów, brak tu oczywistych plusów. Fajnie zobaczyć chwilę wspomnień z Resident Evil 2, ale mówimy o sekundowych fragmentach, które nijak mają się do reszty 90. minutowej produkcji. Ewentualnie można powiedzieć, że w porównaniu z filmowym cyklem z Milą Jovovich w roli głównej, mamy do czynienia z dziełem kinematografii. Widziałem, co dzieje się na ekranie, fabuła ma mniej więcej sens, no i przynajmniej bohaterowie mają coś wspólnego z Resident Evil. A tak trochę bardziej na serio, to Degeneracja w pewnym stopniu utrzymuje ducha serii, więc to się liczy. Są zombie, ofiary wirusa, skorumpowani politycy i korporacje pracujące dla Szatana. Mamy więc wszystkie składniki koktajlu znanego jako Resident Evil.

Koszmar

Największym problemem Resident Evil: Degeneracja jest to, że twórcy zdecydowali się postawić na komputerowo generowaną animację. CGI nigdy nie jest dobrym pomysłem, bo mało co starzeje się tak bardzo i tak szybko, jak grafika komputerowa. Po kilkunastu latach od premiery ten film wygląda jak scenka przerywnikowa z PlayStation 2. Najsłabsze jest jednak to, że już w 2008 roku było kiepsko. Animacja jest tutaj sztywna, wszystko wygląda słabo, a twarze postaci są niezwykle szpetne. Leon wygląda jak ktoś z poważnym problemem alkoholowym. Inne postacie nie wyglądają znacznie lepiej. Szkoda, że odrażająca oprawa wizualna po prostu odpycha od tej produkcji.

Voice acting jest co najwyżej poprawny. Mamy sporo rozpoznawalnych nazwisk i nie jest źle. Poza faktem, że znowu Leon został potraktowany w dziwny sposób i jego teksty są niezwykle słabe. Niezbyt pasują do postaci, którą pamiętamy z Resident Evil 4. Jest to o tyle dziwne, że w angielskiej wersji głosu Leonowi udziela Paul Mercier, który to wcielił się w dzielnego policjanta właśnie w Resident Evil 4.

Resident, który nie straszy

Jedno, co mnie trochę dziwi, to fakt, że twórcy Resident Evil: Degeneracja chyba za bardzo zainspirowali się pewnymi filmami. Matrix z bullet time i innymi bajerami wbił swoje pazury w serię już dawno temu, więc sceny ze zwolnieniami i wygibasami niczym Neo i Trinity nie były niczym dziwnym. Nie spodziewałem się sceny żywcem wyjętej z filmu Obcy: Przebudzenie. Mamy też fragment kojarzący się z Szeregowcem Ryanem. Szkoda, że zamiast tego, nie postawiono na jakieś elementy z porządnych horrorów.

Tego niestety tu brakuje. Rozumiem, że Resident Evil w okresie powstawania tej produkcji miał więcej wspólnego z filmami o superbohaterach niż horrorem, ale Degeneracja zyskałaby, gdyby te momenty, które teoretycznie miały być straszne, byłyby tak zrobione, żeby mogły wystraszyć czymś innym niż CGI.

Degeneracja? Meh.

Nie mam za dużo dobrego do powiedzenia na temat Resident Evil: Degeneracja. Niby fajnie, że zdecydowano się opowiedzieć nową historię ze znanymi bohaterami i utrzymać pewne elementy charakterystyczne dla serii. Jednak wszystko inne jest niewypałem. Nowe postacie, dramatyczne momenty, oczywista i przewidywalna fabuła oraz oprawa graficzna, która aż kłuje w oczy. Niestety negatywne elementy przewyższają dobre strony tej produkcji. Oczywiście względem innych adaptacji gier wideo nie jest źle, ale każdy może przyznać, że w tym wypadku poprzeczka nie jest postawiona zbyt wysoko.

Resident Evil: Degeneracja to tytuł jedynie dla największych fanów cyklu Capcom. Najwięksi miłośnicy serii o wirusach, żywych trupach i skorumpowanych firmach farmaceutycznych będą w stanie docenić tych 90 minut bełkotu. Reszta nieźle się wynudzi, bo komputerowy film to całkiem spora wyliczanka problemów. Degeneracja całkiem nieźle obrazuje problem tożsamości, jaki towarzyszył Resident Evil przez kilka dobrych lat.