Kiedy pierwszy raz zagrałem w przygody Serious Sama jakieś ćwierć wieku temu miałem wrażenie, że ta produkcja to taka przekąska przed większymi i lepszymi grami FPP w stylu, na którym wyrosłem. Chaotyczna rozgrywka, strzelanie bez przerwy i koleś, który wyglądał jak jakiś kuzyn Duke Nukema były spoko, ale raczej nie wróżyły wielkiego hitu. Dlatego ciągle jestem zaskoczony tym, jak ta niepozorna marka się rozrosła. Kilkanaście produkcji w tym sporo spin-offów w różnych gatunkach i żywotność, której wspomniany już Książę może tylko pozazdrościć. Teraz na rynek trafia kolejna wariacja na temat formuły cyklu. Czy Serious Sam: Shatterverse udowodni, że to właśnie Sam jest prawdziwą ikoną gier FPP?
Sam, ale z innymi
Fabuła jest oczywiście dokładnie tak absurdalna, jak można było się spodziewać po Serious Sam. Uber Mental doprowadził do pęknięcia granic pomiędzy różnymi wszechświatami, przez co alternatywne wersje Sama muszą połączyć siły, aby naprawić Shatterverse. Brzmi niedorzecznie? Oczywiście. Ale właśnie o to chodzi. Seria nigdy nie potrzebowała wielkiego dramatu psychologicznego, żeby uzasadnić kolejne setki przeciwników wbiegających na arenę. Tym razem mamy nawet kilka wersji głównego bohatera, które wspólnie walczą przeciwko Mentalowi. W ramach Serious Program przemierzamy kolejne rzeczywistości, eliminujemy jego siły i próbujemy pokonać pięciu potężnych poruczników. To przede wszystkim pretekst do rozpoczęcia kolejnej masakry i trudno mieć o to pretensje.

Kolejny Rouguelite
Najważniejsze jest jednak to, co dzieje się po wciśnięciu przycisku rozpoczęcia kolejnego runu. Shatterverse jest strzelaniną pierwszoosobową, ale konstrukcja rozgrywki została podporządkowana zasadom roguelite. Każde podejście prowadzi nas przez zmieniające się układy aren, kolejne starcia i możliwości rozwijania naszego Sama. Śmierć nie oznacza końca zabawy. Wracamy do początku, wykorzystujemy zdobyte doświadczenie, odblokowujemy nowe możliwości i próbujemy stworzyć jeszcze skuteczniejszy zestaw umiejętności. To bardzo ważna zmiana w stosunku do klasycznych odsłon, ponieważ zamiast przechodzić poziomy jeden po drugim, zaczynamy myśleć o każdej rozgrywce jako eksperymencie.
Sercem tego systemu są boony, modyfikatory oraz ulepszenia. W trakcie runu możemy wzmacniać naszego bohatera i tworzyć różne konfiguracje, które zmieniają sposób prowadzenia walki. Raz skupimy się na ogromnej sile ognia, innym razem na defensywie albo konkretnych właściwościach broni. Do tego dochodzą modyfikatory zmieniające reguły kolejnych podejść. Dzięki temu nawet jeśli trafiamy na znane typy przeciwników i areny, możemy próbować rozwiązywać problemy w inny sposób. To właśnie tutaj pojawia się najważniejszy element współczesnych roguelite’ów, czyli budowanie synergii. Nie chodzi wyłącznie o to, żeby znaleźć największą liczbę obrażeń. Chodzi o stworzenie takiego zestawu bonusów, który sprawi, że kolejne elementy zaczynają się wzajemnie wzmacniać.

I tutaj wracamy do tego, czym Serious Sam zawsze był najlepszy, czyli do strzelania. Twórcy nie próbowali zamienić tej marki w powolnego RPG-a z elementami strzelanki. Przeciwnie. Shatterverse zachowuje wysokie tempo, ogromne pola walki i nieustanną presję. Na ekranie pojawiają się całe hordy przeciwników, a gracz musi nieustannie się poruszać, kontrolować otoczenie i wybierać odpowiednią broń. Klasyczne uzbrojenie zostało połączone z nowymi zabawkami, dzięki czemu arseniał ma zarówno przypominać fanom starszych części, jak i oferować coś nowego.
To właśnie ruch jest tutaj niezwykle ważny. Serious Sam od zawsze różnił się od wielu współczesnych FPS-ów tym, że zamiast chować się za osłoną, najczęściej trzeba było uciekać. Jeżeli widzimy nadciągającego Werebulla, szarżującego Kamikaze albo grupę Kleerów, stanie w miejscu jest zazwyczaj najgorszym możliwym pomysłem. Shatterverse wykorzystuje tę filozofię i jeszcze ją podkręca. Wielkie areny oraz liczne grupy przeciwników zmuszają nas do ciągłego przemieszczania się. Strzelamy, cofamy się, zmieniamy kierunek, przeskakujemy nad zagrożeniami i próbujemy znaleźć choć kilka sekund spokoju. Oczywiście najczęściej ich nie znajdujemy.
Ważnym elementem jest także powrót znanych przeciwników. Mental ponownie wysyła przeciwko nam dobrze znane jednostki, ale tym razem nie są one pozostawione same sobie. W Shatterverse pojawiają się również nowe potwory, dzięki czemu klasyczna galeria przeciwników otrzymała dodatkowe uzupełnienia. To dobry sposób na zachowanie ducha serii bez zwykłego odgrzewania starych pomysłów. Znamy sposób działania części wrogów, wiemy, czego się po nich spodziewać, ale nowe kombinacje potrafią zmusić nas do zmiany przyzwyczajeń.
Bossman
Dużą rolę odgrywają również bossowie. Do pokonania czeka pięciu poruczników Mentalа, a każdy z nich stanowi jeden z głównych celów całej kampanii. W klasycznych odsłonach Serious Sam wielkie starcia często były kulminacją długich fragmentów kampanii. Tutaj pełnią podobną funkcję, ale są częścią struktury roguelite. Oznacza to, że przygotowanie odpowiedniego buildu przed takim spotkaniem ma ogromne znaczenie. Nie wystarczy tylko dobrze strzelać. Warto również wcześniej pomyśleć, jakie bonusy i ulepszenia będą najbardziej przydatne w dalszej części runu.

Co-op
Ciekawym rozwiązaniem jest możliwość grania różnymi wersjami Sama. Twórcy nie ograniczyli się do jednej postaci, ale wykorzystali motyw alternatywnych rzeczywistości do stworzenia kilku wariantów bohatera. Dzięki temu Shatterverse może zaoferować większą różnorodność również od strony samego protagonisty. Szczególnie dobrze pasuje to do trybu kooperacyjnego, ponieważ gra została zaprojektowana dla od jednego do pięciu graczy. Możemy więc samotnie ruszyć przeciwko Mentalowi albo zebrać ekipę i urządzić sobie kompletną rzeź. Produkcja obsługuje również rozgrywkę sieciową oraz cross-platform multiplayer.

I właśnie kooperacja jest jednym z elementów, które najbardziej pasują do tej marki. Serious Sam zawsze miał w sobie coś z interaktywnego rollercoastera. Samotne przechodzenie kampanii potrafi być świetną zabawą, ale kiedy na arenie pojawia się kilku graczy, liczba pocisków, eksplozji i przeciwników zaczyna osiągać poziom całkowitego absurdu. W przypadku Shatterverse jest to dodatkowo interesujące dlatego, że każdy członek zespołu może rozwijać swoją postać i budować własny zestaw ulepszeń. Współpraca nie sprowadza się więc tylko do biegania obok siebie i strzelania do tych samych potworów. Można próbować tworzyć wzajemnie uzupełniające się konfiguracje i wykorzystać różnice pomiędzy bohaterami.
Czy to ma sens?
Największą zagadką przy tej produkcji było jednak to, czy roguelite nie zabije ducha Serious Sama. Klasyczne gry z tej serii były oparte na ręcznie zaprojektowanych poziomach, sekretach, eksploracji i zapamiętywaniu miejsc, w których twórcy postanowili zrobić nam mały żart. Shatterverse odchodzi od tego modelu. Areny są ręcznie przygotowane, ale poszczególne runy są zmienne, a przebieg rozgrywki zależy od dostępnych ulepszeń, modyfikatorów i wydarzeń.
Moim zdaniem jest to jednocześnie największa zaleta i największa wada gry. Z jednej strony otrzymujemy produkcję, którą można odpalać wielokrotnie i za każdym razem próbować stworzyć inną konfigurację. Z drugiej strony część osób może tęsknić za klasyczną kampanią, w której przechodzimy wielkie poziomy, znajdujemy sekrety i poznajemy kolejne lokacje w konkretnie zaplanowanej kolejności. Shatterverse nie chce być kolejnym Serious Samem 4. To raczej eksperyment pokazujący, jak mogłaby wyglądać seria, gdyby jej klasyczny run-and-gun połączyć ze współczesnym modelem roguelite.

Oprawa również dobrze pasuje do tego kierunku. Gra działa na Unreal Engine i wykorzystuje kolorową, przerysowaną stylistykę. Nie jest to próba stworzenia realistycznego świata. Wszystko jest podporządkowane czytelności oraz dynamice. W czasie walki na ekranie dzieje się tak dużo, że przesadna szczegółowość mogłaby tylko przeszkadzać. Potrzebujemy widzieć przeciwników, pociski, arenę i własną pozycję. Shatterverse stawia więc na wyrazistą, komiksową prezentację, która dobrze współgra z absurdalnym humorem marki.
Coś nowego
Ważne jest również to, że Behaviour Interactive nie próbuje udawać, że stworzyło klasyczny sequel. Twórcy otwarcie inspirowali się przede wszystkim The First Encounter i The Second Encounter, chcąc zachować wysokie tempo, wielkie hordy i charakterystyczny styl walki, ale jednocześnie znaleźć dla gry własną tożsamość. Zdecydowali się na roguelite właśnie dlatego, że chcieli odtworzyć między innymi chęć wielokrotnego powtarzania poziomu w poszukiwaniu sekretów, lepszych wyników i coraz bardziej szalonych sytuacji.
I to podejście naprawdę ma sens. Serious Sam zawsze był trochę grą arcade’ową ubraną w skórę pierwszoosobowej strzelaniny. Liczył się wynik, tempo, efektywność i przede wszystkim satysfakcja z rozbijania kolejnych fal przeciwników. Roguelite tylko wzmacnia te elementy. Zamiast przejść poziom i zakończyć zabawę, mamy powód, żeby wrócić. Zamiast jednej ustalonej konfiguracji możemy eksperymentować. Zamiast znać cały przebieg rozgrywki, musimy reagować na to, co dostaniemy podczas konkretnego podejścia.

Problem pojawia się wtedy, gdy sam rdzeń rozgrywki zaczyna być zbyt mocno uzależniony od powtarzania. Jeżeli ktoś nie przepada za konstrukcją roguelite, może szybko dojść do wniosku, że zamiast wielkiej nowej przygody Sama dostał serię kolejnych podejść do podobnych starć. To cena, którą Shatterverse płaci za swoją wysoką grywalność. Gra chce być bardziej systemowa niż fabularna i bardziej nastawiona na budowanie kolejnych runów niż na jednorazową kampanię.
Inne, ale nie lepsze
Mimo wszystko trudno odmówić temu pomysłowi pewnej odwagi. O wiele łatwiej byłoby przygotować kolejnego klasycznego Serious Sama, dorzucić nowe bronie, nowych przeciwników i kilka wielkich lokacji. Behaviour Interactive postanowiło natomiast sprawdzić, czy marka może odnaleźć się w gatunku, który w ostatnich latach wyjątkowo mocno rozwinął się na PC. Efektem jest gra, która nadal pachnie starym Serious Samem, ale działa według współczesnych zasad.
Serious Sam: Shatterverse nie jest więc produkcją dla każdego fana serii i chyba nawet nie próbuje nią być. Jeżeli oczekujecie pełnoprawnej kontynuacji The First Encounter albo The Second Encounter, z wielkimi poziomami, sekretami, eksploracją i klasyczną strukturą kampanii, możecie poczuć niedosyt. Jeżeli jednak potraktujecie ją jako eksperyment łączący hordowego FPS-a, roguelite i kooperacyjną jatkę, sytuacja wygląda znacznie ciekawiej. Mamy tutaj szybkie strzelanie, ogromne fale przeciwników, klasyczne i nowe bronie, alternatywne wersje Sama, rozwój postaci, boony, modyfikatory, bossów oraz rozgrywkę dla maksymalnie pięciu osób.

Staruszek
Najważniejsze jest jednak to, że pomimo całej tej nowoczesnej otoczki Shatterverse nie zapomina, czym Serious Sam zawsze był. To gra o tym, żeby wejść na wielką arenę, zobaczyć przed sobą absurdalną liczbę przeciwników i zamiast uciekać powiedzieć sobie, że przecież mamy wystarczająco dużo amunicji. Potem zaczyna się strzelanie. Dużo strzelania. Bardzo dużo strzelania. I jeszcze więcej eksplozji. Shatterverse może nie być klasycznym powrotem do przeszłości, ale jest interesującą próbą przeniesienia ducha starego arcade’owego FPS-a do współczesnej formuły roguelite. Czasami działa znakomicie, czasami można zatęsknić za tradycyjną kampanią, ale przynajmniej nie jest to bezmyślne kopiowanie poprzednich części. Serious Sam znowu eksperymentuje. A dopóki eksperyment polega na bieganiu z wielką bronią i rozrywaniu hord Mentalа na kawałki, trudno uznać to za zły kierunek.

