Praca w korporacji potrafi człowieka wykończyć. Można mieć dosyć praktycznie wszystkiego i wszystkich. Oczywiście ja należę do wyjątków i uwielbiam to co robię i gdzie pracuję. Wyobrażam sobie, że inni nie maja tego szczęścia. Dla wielu jest to po prostu prawdziwa męka i udręka, ale w Stick It to the Stickman rozwiązano ten problem w najbardziej bezpośredni sposób. Zamiast narzekać na przełożonych, można ich po prostu kopnąć przez okno. A jeśli jeden kopniak nie wystarczy, zawsze pozostaje piła mechaniczna, paralizator, karabin, pięść zdolna wysadzić przeciwnika od środka albo cała masa innych absurdalnych metod awansu. Free Lives zrobiło grę, która bierze korporacyjny wyścig szczurów, przepuszcza go przez brutalny beat’em up, dorzuca konstrukcję roguelite i przyprawia wszystko charakterystycznym dla studia poczuciem humoru. Efekt jest równie głupi, co satysfakcjonujący, a przede wszystkim zaskakująco dobrze przemyślany od strony samej mechaniki.

Założenia są banalne. Jesteśmy kolejnym pracownikiem wielkiej firmy, a naszym celem jest wspinanie się po szczeblach korporacyjnej drabiny. Problem polega na tym, że w tej firmie awans zdobywa się dosłownie poprzez eliminowanie kolejnych przełożonych. Każdy następny poziom oznacza więc kolejne biura, magazyny, zakłady i inne miejsca pracy, w których zamiast wykonywać obowiązki zgodnie z regulaminem, urządzamy regularną masakrę. Fabuła nie próbuje być tutaj czymś więcej niż pretekstem do kolejnych absurdalnych sytuacji, ale właśnie dzięki temu działa. Stick It to the Stickman nie udaje poważnej satyry ekonomicznej. Bierze najbardziej rozpoznawalne korporacyjne absurdy i zamienia je w żart, który można wyrazić pięścią.

Najważniejszy jest oczywiście system walki i tutaj produkcja Free Lives pokazuje, że pod prostą oprawą kryje się całkiem rozbudowana mechanika. Nasza postać potrafi wykonywać ogromną liczbę różnych ataków, a kolejne ruchy zdobywamy podczas przechodzenia kolejnych etapów. Możemy specjalizować się w walce wręcz, korzystać z broni, wykorzystywać ruchy pozwalające szybko przemieszczać się po planszy albo tworzyć kombinacje, w których przeciwnicy są dosłownie wyrzucani z pomieszczeń. Fizyczny model zachowania postaci sprawia przy tym, że starcia nie przypominają klasycznego, precyzyjnego beat’em upa. Stickmani przewracają się, odbijają od ścian, spadają ze schodów, wylatują przez okna i wpadają na innych przeciwników. Czasami planujemy atak, a kilka sekund później sytuacja wymyka się spod kontroli i cała walka zamienia się w kompletny chaos.

Wbrew pozorom ten chaos jest jednym z największych atutów gry. Początkowo wystarczy kilka podstawowych ciosów, ale wraz z kolejnymi próbami zaczynamy rozumieć, jak budować własny zestaw umiejętności. Możemy połączyć szybkie uderzenia z mocnymi atakami, ruchami specjalnymi czy bronią, która pozwala kontrolować większe grupy przeciwników. Każda kolejna próba daje okazję do stworzenia nieco innego zestawu, a gra zachęca do eksperymentowania. Nie chodzi wyłącznie o znalezienie jednego najlepszego sposobu na przechodzenie etapów. Dużo frajdy daje sprawdzanie, jak absurdalną kombinację można tym razem zbudować.

Roguelite’owa konstrukcja dobrze pasuje do tego pomysłu. Kolejne podejścia różnią się od siebie, a porażka nie oznacza całkowitego zmarnowania czasu. Zdobywamy kolejne możliwości, odblokowujemy nowych pracowników i poznajemy następne elementy systemu. Pełna wersja oferuje również różne tryby oraz klasy postaci, dzięki czemu zabawa nie ogranicza się do jednego schematu. Twórcy rozwijali ten system już podczas Early Access, a wersja 1.0 zamyka ten etap rozwoju i dodaje dalszą zawartość oraz finałową część historii.

Bardzo podoba mi się przy tym sposób, w jaki Stick It to the Stickman wykorzystuje otoczenie. Biuro nie jest wyłącznie tłem dla walki. Możemy wykorzystywać przestrzeń, przewracać przeciwników, wyrzucać ich poza krawędzie i reagować na elementy znajdujące się na planszy. W późniejszych fragmentach pojawiają się między innymi magazyny, niebezpieczne urządzenia, wózki widłowe czy inne przeszkody, które sprawiają, że zwykła walka może w każdej chwili zmienić się w serię nieprzewidzianych wydarzeń. Dzięki temu nawet proste starcie potrafi wygenerować sytuację, której nie dało się dokładnie zaplanować.

Twórcy dobrze rozumieją też, że w tego typu produkcji liczy się tempo. Stick It to the Stickman nie jest grą, w której przez kilkanaście minut przygotowujemy się do jednej potyczki. Tutaj ciągle coś się dzieje. Przemieszczamy się, atakujemy, wybieramy kolejne ulepszenia, omijamy przeszkody i natychmiast przechodzimy do następnej konfrontacji. Kolejne elementy są dokładane w odpowiednim rytmie, dzięki czemu trudno się nudzić. Nawet kiedy kolejna próba kończy się porażką, zazwyczaj mamy ochotę rozpocząć następną i sprawdzić inną kombinację.

Humor jest równie ważny jak sama walka. Free Lives nie próbuje budować świata w subtelny sposób. Korporacja jest tutaj kompletnie pozbawioną skrupułów machiną nastawioną na wzrost zysków, a pracownicy są jednocześnie pionkami i mięsem armatnim. Wśród absurdalnych zadań pojawiają się między innymi działania wymierzone w protestujących, łamanie związków zawodowych, manipulowanie cenami nieruchomości czy inne korporacyjne praktyki przedstawione w mocno przerysowanej formie. Im wyżej wspinamy się w strukturze firmy, tym bardziej absurdalne stają się obowiązki.

Nie jest to jednak satyra szczególnie subtelna i dobrze, bo subtelność prawdopodobnie zabiłaby połowę zabawy. Gra wali swoim przekazem prosto w twarz, dokładnie tak samo jak jej bohater wali przeciwnika w twarz. Żarty często wynikają z kontrastu pomiędzy korporacyjnym językiem a tym, co faktycznie robimy. Z jednej strony mamy rozwój kariery, zwiększanie wartości dla akcjonariuszy i zdobywanie kolejnych stanowisk. Z drugiej strony nasz dzień pracy polega na wyrzucaniu ludzi przez okna i używaniu piły mechanicznej przeciwko kolegom z firmy. Jest w tym odpowiednia dawka absurdu.

Oprawa graficzna również została podporządkowana tej formule. Proste postacie patyczaków mogłyby sugerować bardzo prymitywną produkcję, ale fizyka, animacje i liczba elementów pojawiających się jednocześnie na ekranie sprawiają, że całość ma własny charakter. Kolorowe lokacje kontrastują z brutalnością wydarzeń, a minimalistyczne sylwetki pozwalają bez problemu śledzić akcję nawet wtedy, gdy na ekranie znajduje się spora grupa przeciwników. Nie jest to oczywiście gra, która próbuje zachwycać technologicznymi fajerwerkami. Jej oprawa ma przede wszystkim być czytelna, dynamiczna i zabawna.

Na uwagę zasługuje również możliwość zabawy ze znajomym. Stick It to the Stickman pozwala grać w lokalnym trybie współpracy oraz korzystać z Remote Play Together, więc wspólne przedzieranie się przez korporacyjne piekło może dostarczyć jeszcze większej dawki chaosu. Do tego dochodzi edytor poziomów i Steam Workshop, co daje produkcji dodatkowy potencjał po zakończeniu podstawowej zawartości.

Nie oznacza to jednak, że mamy tutaj perfekcyjny system walki. Fizyka potrafi czasami działać przeciwko graczowi, a przy większym zamieszaniu trudno dokładnie przewidzieć, gdzie znajdzie się nasza postać po wykonaniu konkretnego ruchu. W pewnym sensie jest to element założenia, ale osoby oczekujące absolutnej precyzji znanej z bardziej technicznych beat’em upów mogą poczuć pewne rozczarowanie. Stick It to the Stickman zdecydowanie bardziej interesuje się widowiskiem i nieprzewidywalnością niż perfekcyjnym wykonywaniem kolejnych kombinacji.

To jednak właśnie dlatego gra tak dobrze sprawdza się jako roguelite. Każda kolejna próba jest trochę eksperymentem. Czasami stworzymy fantastycznego wojownika, który przebija się przez kolejne piętra niczym maszyna do zabijania. Innym razem wybierzemy mniej udane zdolności i bardzo szybko przekonamy się, że nasz korporacyjny bohater jednak nie dostanie upragnionego stanowiska. Porażka nie jest tutaj wyłącznie karą. Jest częścią procesu uczenia się systemu.

Stick It to the Stickman to jedna z tych produkcji, które nie potrzebują skomplikowanej historii ani realistycznej grafiki, żeby zapewnić sporo dobrej zabawy. Jej największą siłą jest połączenie prostego pomysłu, bardzo dynamicznej walki, fizyki i roguelite’owej struktury. Do tego dochodzi humor, który idealnie pasuje do stylu Free Lives. Gra potrafi być głupia, brutalna i absurdalna, ale pod tym wszystkim kryje się naprawdę sprawnie działająca produkcja akcji. Nie jest to beat’em up dla osób szukających perfekcyjnego systemu walki, rozbudowanej fabuły czy wielkich emocjonalnych momentów. To raczej cyfrowy odpowiednik wrzucenia wszystkich swoich korporacyjnych frustracji do blendera, dodania pięści, piły mechanicznej i kilku kilogramów materiałów wybuchowych, a następnie sprawdzenia, co się stanie. I właśnie dlatego trudno odmówić mu charakteru. Stick It to the Stickman wie, czym chce być, i konsekwentnie realizuje ten pomysł od pierwszego ciosu aż po kolejne szczeble absurdalnej korporacyjnej kariery.