Władca pierścieni może nie jest już tak popularny, jak te 20 lat temu. W końcu uniwersum leży trochę odłogiem lub dostaje produkcje wątpliwej jakości takie jak Gollum czy pewien serial, o którym nie warto wspominać. Jednak na przestrzeni lat wyszło sporo fajnych rzeczy starających się przenieść wizję Tolkiena do wirtualnego świata. Jedną z takich produkcji jest kultowe w pewnych kręgach The Lord of the Rings: War in the North. Teraz gra powraca w nowej wersji Legacy Edition. Czy tytuł przypomni ludziom, za co uwielbiali uniwersum hobbitów i orków?
The Lord of the Rings: War in the North Legacy Edition to nowa wersja tytułu wydanego pierwotnie w 2011 roku. Starsza wersja została stworzona przez nieistniejące już Snowblind Studios, a Legacy Edition to efekt pracy ekipy z Aspyr, która od ładnych paru lat zajmuje się odświeżaniem starszych produkcji. Gra trafiła na PC i konsole, a ja grałem w wersję na PlayStation 5.
Inna przygoda
Sama koncepcja War in the North od początku była bardzo interesująca. Zamiast po raz kolejny opowiadać historię Froda, Aragorna, Gandalfa i reszty Drużyny Pierścienia, twórcy postanowili pokazać wydarzenia rozgrywające się gdzieś na drugim planie wielkiej wojny. Podczas gdy główni bohaterowie przemierzają Śródziemie i próbują zniszczyć Jedyny Pierścień, na północy również trwa walka. Sauron wysyła swoje armie, a jednym z jego najważniejszych dowódców zostaje Agandaûr, Czarny Númenorejczyk, który gromadzi siły w ruinach Fornostu. Gracz otrzymuje więc okazję poznania historii, która nie konkuruje bezpośrednio z filmową trylogią, ale próbuje wypełnić pewną lukę w wydarzeniach Wojny o Pierścień.

To był bardzo dobry pomysł i nadal pozostaje jedną z największych zalet tej produkcji. Śródziemie jest przecież ogromne, a Tolkienowska historia nie kończy się na kilkunastu najważniejszych postaciach. War in the North pozwala spojrzeć na konflikt z zupełnie innej perspektywy. Nie jesteśmy kolejnym członkiem Drużyny Pierścienia. Jesteśmy kimś, kto walczy gdzieś obok, często bez świadomości, jak wielkie znaczenie mają działania Froda i Sama. Dzięki temu fabuła może być znacznie bardziej brutalna i przyziemna.
Właśnie dlatego gra nie przypomina pod względem klimatu kolorowych produkcji LEGO czy bardziej familijnych adaptacji Władcy Pierścieni. Tutaj Śródziemie jest brudne, ponure i pełne przemocy. Orkowie giną od naszych ciosów, na polach bitew pojawia się krew, a przeciwnicy potrafią być naprawdę paskudnymi kreaturami. Twórcy określają tę wersję jako mroczniejszą i bardziej brutalną odsłonę świata Tolkiena, co dobrze pasuje do charakteru samej rozgrywki.
Akcja i RPG
Najważniejszym elementem pozostaje jednak walka. War in the North to przede wszystkim trzecioosobowy action RPG, który bardzo mocno czerpie z tradycji hack and slash. Możemy wykonywać kombinacje ciosów, korzystać ze zdolności specjalnych, rozwijać bohatera i przede wszystkim zbierać ogromne ilości wyposażenia. System jest prosty, ale daje sporo satysfakcji. Zabijamy przeciwników, podnosimy łupy, sprawdzamy statystyki, zakładamy lepszy pancerz i ruszamy dalej. To bardzo klasyczna pętla rozgrywki, która nawet po piętnastu latach potrafi być przyjemna.

Najciekawszym elementem jest możliwość grania trzema różnymi bohaterami. Eradan reprezentuje ludzkiego łowcę, Farin jest krasnoludzkim wojownikiem, natomiast Andriel to elfka korzystająca z magii. Każda z postaci oferuje zupełnie inny styl rozgrywki. Eradan jest bardziej wszechstronny i dobrze radzi sobie na dystans, Farin to klasyczny wojownik preferujący bezpośrednią walkę, a Andriel pozwala korzystać z czarów i zdolności wspierających drużynę.
Ten podział ma ogromne znaczenie, ponieważ War in the North od początku projektowano z myślą o kooperacji. Całą kampanię możemy przejść samodzielnie, ale wtedy pozostałymi bohaterami steruje sztuczna inteligencja. Znacznie ciekawiej robi się w momencie, gdy do gry dołączają inni gracze. Produkcja obsługuje współpracę nawet dla trzech osób, a na PC dostępna jest również lokalna kooperacja na podzielonym ekranie dla dwóch graczy.
I właśnie w kooperacji War in the North pokazuje swoje najlepsze oblicze. Jeden gracz może rzucić się w sam środek walki, drugi ostrzeliwać przeciwników, a trzeci wspierać drużynę magią. Nagle prosta walka nabiera trochę większego znaczenia. Trzeba zwracać uwagę na pozycję pozostałych bohaterów, reagować na sytuację i odpowiednio wykorzystywać zdolności. Oczywiście nie jest to produkcja wymagająca taktycznego planowania na poziomie Baldur’s Gate, ale wspólne granie potrafi zdecydowanie zwiększyć frajdę.
Dużą rolę odgrywa także rozwój postaci. War in the North posiada klasyczne drzewka umiejętności, dzięki którym możemy dostosować bohatera do własnego stylu. Do tego dochodzą przedmioty, statystyki oraz ogromna liczba łupów. Jest tutaj dokładnie ten rodzaj uzależniającej mechaniki, który znamy z wielu gier hack and slash. Zabijamy przeciwnika, wypada przedmiot, sprawdzamy, czy jest lepszy od naszego, zakładamy go i ruszamy dalej. Po chwili sytuacja się powtarza.
Nie jest to jednak system pozbawiony wad. Walka potrafi po pewnym czasie stać się monotonna. Początkowo kolejne starcia są przyjemne, szczególnie gdy odblokowujemy nowe umiejętności, ale po kilku godzinach można zauważyć, że podstawowa pętla rozgrywki niewiele się zmienia. Wciąż przede wszystkim zabijamy kolejne grupy przeciwników, zbieramy wyposażenie i przechodzimy do następnej lokacji. To problem, który był widoczny już w oryginalnej wersji i Legacy Edition nie próbuje go całkowicie rozwiązać. Współczesne recenzje również zwracają uwagę na powtarzalność walk oraz pewne problemy z tempem.
Dużo lepiej wypadają natomiast lokacje. Podróżujemy po różnych zakątkach północnego Śródziemia, odwiedzamy miejsca związane z historią tego świata i mamy okazję zobaczyć jego mniej oczywiste oblicze. Twórcy potrafili wykorzystać licencję w ciekawy sposób. Pojawiają się znane postacie, ale nie są one głównymi bohaterami całej opowieści. To raczej spotkania mające przypomnieć nam, że wydarzenia naszej kampanii odbywają się równolegle do znanej historii.
To jeden z powodów, dla których War in the North nadal jest interesującą grą dla fanów Władcy Pierścieni. Nie próbuje odtwarzać scen z filmów w identyczny sposób. Zamiast tego buduje własną opowieść i pozwala nam przez chwilę poczuć, że uczestniczymy w wielkiej wojnie toczącej się gdzieś poza kadrem.
Stare i to widać
Pod względem technicznym Legacy Edition jest jednak bardziej zachowawcze. I tutaj dochodzimy do najważniejszego problemu całego wydania. Jeżeli ktoś spodziewa się pełnego remastera z nowoczesną grafiką, przebudowanymi modelami i zupełnie nową oprawą, będzie rozczarowany. To nadal zasadniczo ta sama gra z 2011 roku. Poprawiono tekstury, wprowadzono pewne zmiany wizualne i techniczne, ale nie jest to produkcja stworzona od podstaw na współczesnym silniku.

Modele postaci, animacje i niektóre lokacje przypominają nam, że mamy do czynienia z grą mającą piętnaście lat. Upscaling tekstur pomaga, ale nie jest magicznym sposobem na zamianę starej produkcji w nowoczesny tytuł. Część elementów wygląda lepiej, inne nadal prezentują się dość archaicznie. Jednocześnie trzeba przyznać, że gra zachowała swój charakter. To nadal to samo specyficzne, mroczne Śródziemie.
Poprawki
Na szczęście techniczna strona wydania została potraktowana znacznie poważniej niż można byłoby się spodziewać. Legacy Edition otrzymało poprawiony interfejs, autosave, dodatkowe sloty zapisu, ulepszony system namierzania przeciwników, możliwość przełączania bohaterów w trakcie misji oraz wygodniejsze zarządzanie wyposażeniem. Dodano również działający multiplayer online i poprawiono obsługę współpracy.
Szczególnie dobrze wypada nowe namierzanie przeciwników dla ataków dystansowych i umiejętności. W starej grze pewne rozwiązania potrafiły być zwyczajnie niewygodne, a teraz korzystanie z określonych zdolności jest bardziej intuicyjne. Interfejs również został dostosowany do współczesnych standardów. Nie jest to może rewolucja, ale po kilkunastu latach właśnie takie drobne rzeczy potrafią zrobić ogromną różnicę.
Audio jest ok
Dźwiękowo nadal mamy bardzo solidną produkcję. Muzyka dobrze oddaje klimat Śródziemia, a głosy postaci są przekonujące. Nie mamy tutaj może poziomu wielkich produkcji AAA, ale aktorstwo głosowe nadal potrafi nadać scenom odpowiedni charakter. Najważniejsze jest jednak to, że całość nie próbuje oderwać się od klimatu Tolkienowskiego świata.

Z kamerą wśród
Legacy Edition ma również sporą wartość jako swoisty dokument epoki. W 2011 roku tego typu gry akcji były bardzo popularne. Dostawaliśmy trzecioosobową kamerę, trzy klasy postaci, mnóstwo łupów, rozwój umiejętności i kooperację. Dzisiaj wiele z tych elementów znamy znacznie lepiej, ale War in the North przypomina, jak dobrze działało takie połączenie w czasach PlayStation 3, Xboksa 360 i wczesnej ery współczesnych action RPG.
Najważniejsze pytanie brzmi więc: czy Legacy Edition ma sens dla osoby, która nigdy wcześniej nie grała w War in the North? Moim zdaniem zdecydowanie tak. Dostajemy jedną z ciekawszych, choć przez lata zapomnianych historii osadzonych w świecie Tolkiena. System walki jest prosty, ale przyjemny, rozwój postaci potrafi wciągnąć, a kooperacja nadal stanowi ogromny atut. To także świetny przykład gry, która nie próbuje ponownie opowiedzieć historii znanej z filmów.
Powrót nie króla
The Lord of the Rings: War in the North – Legacy Edition nie jest remasterem, na jaki ta gra być może zasługiwała, ale jest bardzo przyzwoitym powrotem zapomnianej przygody ze Śródziemia. Największą wartością pozostaje tutaj sama gra, jej kooperacyjna konstrukcja, trzy różne postacie i pomysł pokazania Wojny o Pierścień z perspektywy bohaterów, których historia nie trafiła do centrum uwagi. Legacy Edition dodaje do tego kilka ważnych usprawnień i przede wszystkim sprawia, że po latach można znowu legalnie i wygodnie wrócić do tej przygody.

Jeżeli jesteście fanami Władcy Pierścieni i lubicie stare action RPGi, warto dać tej produkcji szansę. Nie dlatego, że wygląda dzisiaj jak nowoczesny hit. Nie wygląda. Warto dlatego, że pod warstwą przestarzałej technologii nadal znajduje się całkiem solidna gra, która miała odwagę opowiedzieć własną historię w świecie Tolkiena. A po piętnastu latach możliwość ponownego wejścia do tego zapomnianego zakątka Śródziemia jest chyba wystarczającym powodem, żeby jeszcze raz chwycić miecz, łuk albo topór i ruszyć na północ.

