Tatsunoko vs Capcom: Ultimate All Stars – Recenzja

Witajcie! Blogasek Operacja Panda melduje gotowość do akcji, a oto recenzja typu „nie wiem, ale i tak się wypowiem” na temat Tatsunoko vs Capcom: Ultimate All Stars. Bijatyki 2.5 D, wydanej na naszym kontynencie w 2010 roku na Wii, tym samym zaliczając dwuletnią obsuwę względem Kraju Kwitnącej Wiśni. Co by nie mówić Capcom lubuje się tworzeniu crossoverów. Przybijali sztamę z Marvelem, SNK czy Namco to czemu nie skumać się Tatsu… kto?

Tatsunoko Production jest japońskim studiem, zajmującym się od 1962 roku produkcją anime, określanych przez większość niewtajemniczonych w naszym kraju i ku „uciesze” Otaku czy Weebo – Chińskimi bajkami. Będąc szczerym, twórczością tej firmy nigdy specjalnie się nie interesowałem. Ot w grze dostrzegłem kilka znanych facjat z przeszłości pokroju Karasa, a także Yaterrmana( Yataman) oraz drużynę Drombo(Dronio). Taaa, Polonia 1 i te ich seriale przekładane z włoskiego na nasz język robiły klimat tak samo, jak RTL7 i francuskie Dragon Balle. Obecnie schematyczność Yattaman jest dla mnie mocno odpychająca, ale jak się było małym smrodem, takimi detalami nawet się nie przejmowałem. Co ciekawe, Tatsunoko co jakiś czas jeszcze dłubie przy tym IP. Remake serialu, Live Action Movie z żywymi aktorami czy niedawno wyemitowany 12 odcinkowy sequel. Może jak na 40 lecie istnienia serii stosunkowo niewiele, przyrównując do niektórych tasiemców pokroju Naruto czy One Peace’a, no ale miło, że coś się dzieje w temacie. Jakość tych tworów jest nieco dyskusyjna, jednak to już temat na osobny materiał.

tatsunoko_vs_capcom

Ekipa Capcomu stanowi dla mnie swoisty sprawdzian wiedzy. Mamy po trzech bohaterów z Steet Fightera(Ryu, Chun-Li, Alex) oraz Megamana(towarzyszą mu Zero oraz Roll). Zaskoczeniem nie jest, że pojawił się ktoś z Darkstalkers a mianowicie wampirzyca Morrigan. Dalej mamy Franka Westa z Dead Rising, Viewtiful Joe’a, Sokiego z ostatniej odsłony Onimushy, robota bojowego z Lost Planet czy Batsu z Rival Shools. I kiedy myślisz sobie, że coś tam wiesz, pojawia się mała dziewczynka w czerwonym, lateksowym ubranku z działem większym od niej samej. Myślisz sobie – pewnie ktoś z Canon Spike. Wykręcony klimat, dużo strzelania do wszystkiego co się rusza – Ta, TO MUSI BYĆ TO! Szybki reeserdzi uświadamia mi, jak bardzo mało wiem o grach, a Saki okazuje się bohaterką Dating Sima wydanego tylko w Japonii na automatach, którego nazwa nawet nie potrafię spamiętać, a tym bardziej wymówić. Czo te Capcom to ja nie…

Miedzy mną o bijatykami 2D panuje pewne nieodwzajemnione uczucie. Mordoklepki od Sammy, SNK, Capcom itd. Swego czasu człowiek próbował być na czasie z wszystkimi świeżynkami, jednak zawsze towarzyszył mi jeden, zasadniczy problem – brak skilla. No dobra, czasem udało mi się strzelić jakiegoś speciala lub raz na ruski rok sparować atak komputerowego oponenta. Natomiast założę się, że gdybym miał okazję zmierzyć się chociażby z elitą forumka PSX EXTREME pokroju Di czy Ukyo Tachibana, szybko by się okazało, że nie mam bladego pojęcia o gatunku szybko sprowadzając mnie do parteru. I wiecie co? Mieliby ABSOLUTNĄ rację. Dla osób nieobytych w tych tematach Tatsunoko Vs Capcom oferuje nieco uproszczone zasady rozgrywki opierający swój system walki na 4 zamiast sześciu przyciskach ataku bez dodatkowego wyboru stylu walki przed potyczką. W zamian otrzymujemy pięciostopniowy pasek speciali, multum rozbłysków oraz większy nacisk na okładanie przeciwnika w powietrzu. Walczy się tylko jedną rundę dwóch na dwóch. Wyjątek stanowią dwa powolne roboty zajmujące 3/4 ekranu, no ale przy swoich rozmiarach i zadawanym obrażeniach mogą sobie pozwolić na solówki.

duzeroboty

Technicznie Tatsunoko Vs Capcom od momentu premiery praktycznie się nie zestarzało. Można byłoby rzec, że pomimo pewnych ułomności sprzętowych Wii wynikających z braku wsparcia rozdzielczości HD, gra zadziwiająco dobrze się zakonserwowała. Mamy stałe 60 klatek, dynamiczne tła, a i na głównym planie rewię, co prawda nieco folwarcznych, ale mimo wszystko miłych dla oka rozbłysków. Nie jestem do końca przekonany czy za 5 lat będę mógł powiedzieć(napisać) to samo i czy nie lepiej byłoby postawić na pełny dwuwymiar , a niżeli pchać się w 2,5 D, jednak nie mnie to osądzać.

Żadnych wątpliwości nie mam natomiast do strefy audio, gdyż zwyczajowo ten aspekt jest najmniej podatny na widmo przebytego czasu. Autorzy zaserwowali nam standardowy miks muzyki elektronicznej z pozostałymi gatunkami muzycznymi jak np. Jazz czy Rock. Słucha się tego przyjemnie a co najważniejsze – pasuje do zadymy rozgrywającej się na ekranie. Można się nieco przyczepić do braku pełnego przełożenia na język angielski i poza komentatorem, reszta monologów są wypowiadane po japońsku, jednak mając na uwadze wieczne narzekania na jakość tłumaczeń, bierność Capcomu w tym aspekcie można uznać za zaletę.

Prawdziwe problem z Tatsunoko vs Capcom zaczynają wynikać, gdy konkretnie spojrzy się na zawartość gry. Arcade, Versus, Survival, Time Attack czy Trening – zestawienie mało strawne na dzisiejsze realia. Tym Bardziej, gdy porówna się nasze zachodnie wydanie z japońskim, gdzie zostaliśmy ograbieni z zakończeń postaci w formie przerywników filmowych, a wciska się nam jakieś biedne obrazki. Co prawda za zarobione pieniążki możemy kupować arty czy alternatywne wdzianka, ale brakuje konkretniej zachęty do dalszej zabawy, z czym Capcom nie potrafi się uporać po dziś dzień. Nie zrozumcie mnie źle. System walki oraz balansem rozgrywki Street Fighter IV wyprzedza Mortal Kombat IX o kilka długości, jednak Mortal dzięki licznym trybom zabawy czy sensownym Story mode, potrafił sobie zaskarbić serca graczy. Street Fighter IV pomimo multum reedycji jedynie, co ma do zaoferować samotnemu graczowi, który chce sobie pograć bez zobowiązań to…Kończenie arkejda wszystkimi postaciami. Zapewne hardcorowców doceniających głębię systemu siedząc całymi dnami w treningu, ale zwykłego gracza? Meh. Po co o tym mówię? BO Z TATSUNOKO JEST TO SAMO! Może gdyby tryb sieciowy jeszcze był na chodzie wtedy zakosztowałbym chociaż jakieś formy rywalizacji, jednakże to marzenie ściętej głowy. Poza tym nawet za życia ponoć i tak był lichy przez gigantyczne lagi.

Podsumowując. Pomimo lat Tatsunoko vs Capcom: Ultimate All Stars dalej kryje w sobie pewne pokładu miodu, aczkolwiek przy dłuższych sesjach może nużyć. Oczywiście, mając ekipę do grania, multiplayer zawsze ratuje sytuację, a że gra wspiera wiele kontrolerów, m.in pada z GameCube’a należy zaliczyć in plus. Niestety, samotnie nie odczuwam zbyt dużej motywacji, ażeby zadawać bilionowe obrażenia kierowanych przez AI przeciwnikom i wydawać z równie dużą stopą inflacji ciężko zarobione, wirtualnych pieniądze. Tylko dla koneserów białych kruków oraz zapaleńców gatunku. Trzymajcie się ciepło, a na raz następny postaram się pójść w taką hipsterkę, że nawet Kamil przy ewentualnym składaniu video recenzji nie będzie w stanie przeczytać tytułu.